PRZYPADEK? NIE SĄDZĘ!

Przypadek w moim życiu, to chyba najbardziej lubiane przez Pana Boga słowo! Za każdym razem przekonuje się o tym, że dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych, są tylko te trudniejsze do zrobienia.

 

O rekolekcjach z Ojcami dowiedziałam się przez „przypadek”. Moja koleżanka kliknęła na facebooku „wezmę udział w wydarzeniu”. Ja też chcę! Pomyślałam. Chwilę  później  pojawiły się myśli: nie to za daleko, nie mam kasy, na pewno już wszystkie miejsca są zajęte. Litania o tym dlaczego nie rosła z minuty na minutę, przerwała ją wiadomość od Asi:  „Basiu nocleg i bilet dostaniesz  w prezencie,  tylko dojazd ” chodziło oczywiście o wstęp na rekolekcje. Udało się wszystko zorganizować i razem z moją przyjaciółką Marysią wyruszyłyśmy w piątek do Poznania.

W mojej głowie było mnóstwo pytań, a wszystkie można zamknąc w jednym: „Po co właściwie tam jadę?!”  Znajomym w Krakowie żartobliwie oznajmiłam, że jadę po uzdrowienie! Konkretnie, chcę wstać z wózka! Nie mam wątpliwości w kwestii tego, iż dla Boga to drobiazg. Może mnie uzdrowić w każdym momencie. Wiedziałam jednak, że tam czeka mnie wyjątkowy czas spotkania z Nim.

Pierwszego dnia byłam bardzo zaskoczona ekspresją Ojców, ich poczuciem humoru i sposobem głoszenia. Wszystko wyglądało inaczej niż sobie wyobrażałam. Zamiast długich konferencji usłyszałam mnóstwo prostych, a jednocześnie niezwykłych słów o miłości Bożej. Nauczyłam się kilkunastu  dowcipów o teściowych i śmiałam się do łez niedowierzając, że to wszystko dzieje się naprawdę! Nie potrafię opisać tego słowami, ale ta radość, która unosiła się w powietrzu była wszystkim niezwykle potrzebna. Pomagała całkowicie się rozluźnić i otworzyć serce na Ducha Świętego.

Modlitwa była dla mnie czymś niezwykłym! Dopiero po powrocie  dotarło do mnie dlaczego – Dlatego, że była skoncentrowana na Panu! Doświadczyłam tego, że wystarczy jedno słowo amen i Jezus działa! Oczywiście,  to wszystko było mocno charyzmatyczne. Duch Święty przychodził przez spoczynki, śmiech, płacz itd …. Ale Ojcowie nieustannie zachęcali  do tego żeby nie koncentrować się na tym, że ktoś obok Ciebie przeżywa w jakikolwiek sposób  swoją modlitwę tylko patrzeć i wołać do Jezusa!

Patrzyłam, wołałam robiąc to po prostu. Bez żadnego pomysłu na to jak powinnam się modlić. Muszę przyznać, że dla mnie było to zupełnie nowe doświadczenie. Nie potrafię tego opisać. To trochę tak jakbyś nagle zrozumiał, że do wzięcia oddechu masz wszystko, czego Ci potrzeba, wystarczy tylko chęć. Chcesz żyć, więc nabierasz powietrza, ale w zasadzie nie myślisz o tym jak to się dzieje. Po prostu żyjesz, a jednocześnie to takie niezwykłe!

W czasie modlitwy o uzdrowienie i uwolnienie wewnętrzne otrzymałam znacznie więcej, niż prosiłam. Na początku byłam przekonana o tym, że jestem tam po to, aby Pan Bóg uzdrowił mnie fizycznie, z konkretnej choroby. Podeszłam do grupki modlących się ludzi. Położyli na mnie ręce i wołali w imię Jezusa Chrystusa prosząc, aby uczynił wszystko, co jest zgodne z Jego wolą. Po pierwszej modlitwie nie odczułam żadnych zmian. Chwilę potem Ojcowie poprosili, aby do przodu podeszły osoby w jakikolwiek sposób przygniecione życiem, doznające smutku, potrzebujące konkretnego pocieszenia. Właściwie nie wiem dlaczego zdecydowałam się podejść po raz drugi, zrobiłam to trochę automatycznie, jak gdyby moje serce samo wyrwało się do modlitwy. Tym razem położył na mnie ręce kapłan. Nie znałam go zupełnie, najprawdopodobniej był to najzwyklejszy Ksiądz – ręce, głowa, nogi, sutanna. Nie miał w sobie nic szczególnego, jakiejś nadzwyczajnej mocy, po prostu położył ręce i zaczął się modlić, dokładnie tak samo jak ludzie chwilę wcześniej.
W czasie tej modlitwy zaczęłam, zupełnie nie wiedzieć czemu, płakać. Nie mogłam przestać. To nie był płacz spowodowany smutkiem. Miałam poczucie, jakby nagle ogromna, ogromna miłość Boża ogarnęła mnie z każdej strony. Zobaczyłam bardzo konkretnie jak Bóg mnie kocha. Nie kogoś innego, właśnie mnie! Zrozumiałam też, że to ja nie przyjmuje tej miłości na co dzień. Ciągle staram się być doskonalsza, lepsza, a Panu Bogu przecież nie jest to do niczego potrzebne. Zrozumiałam to w jednej chwili. Jakkolwiek to dziwnie brzmi, naprawdę tak się stało.

Wieczorem wróciłam do domu, nie do końca rozumiejąc co się stało. Nie potrafiłam też o tym konkretnie opowiedzieć. W drodze powrotnej spotkałam chłopaka, który zupełnie spontaniczne zapytał, czy byłam na spotkaniu z Ojcami. Słysząc moją odpowiedź, uśmiechnął się i powiedział, że on też był, po czym jak gdyby nigdy nic stwierdził, iż ma dla mnie prezent. Następnego dnia rano wręczył mi buteleczkę oleju św. Szarbela, przywiezioną prosto z sanktuarium. Jak wiecie, albo właśnie się dowiadujecie, św. Szarbel jest „specjalistą” od uzdrowień. W razie wszelkiej choroby, należy nie tylko skontaktować się z lekarzem, lub farmaceutą, zaleca się także westchnąć do św. Szarbela :). W czasie Niedzielnej modlitwy byłam pewna, że już nic więcej nie otrzymam, przecież tyle dostałam dzień wcześniej.

Nie oczekiwałam niczego wielkiego, chciałam modlić się za ludzi, by i oni doświadczyli miłości Bożej. Pan Bóg zaskoczył mnie już w pierwszych minutach modlitwy. Okazało się, że to nie koniec prezentów dla mnie. Znowu trudno mi dokładnie słowami oddać to, co przeżyłam w czasie tej rozmowy z Jezusem. Była bardzo moja, osobista i właściwie nie do opisania. W trakcie jej trwania nie miałam wątpliwości, co do tego, że właśnie spotykam się z żywym Jezusem Chrystusem, który żyje i króluje, ponad wszystko. Nie chodzi o to, że chcę teraz kogokolwiek poruszyć, lub wzruszyć tymi słowami. Zupełnie nie. Ja naprawdę tego doświadczyłam. Kiedy skończyliśmy się modlić, pierwsza myśl jaką miałam, to to, że Pana Boga nie da się wsadzić w szufladkę z napisem rekolekcje, powołani do wolności. To absolutnie nie tak, że Jezus działał tylko tam. Oczywiście tam działał w sposób niesamowity, ale zrozumiałam, że gdziekolwiek nie pójdę dalej, On pójdzie ze mną, taki sam, tak samo pragnący uzdrawiać, pocieszać, przemieniać. Właściwie wystarczy tylko jedno, moje pragnienie i zgoda na działanie Ducha Świętego. Znów to brzmi trochę tak, jakbym chciała jakoś zareklamować Trójcę, ale nie umiem powiedzieć tego inaczej. To nie jest tani chwyt reklamowy. Nikt tego nie kazał mi przecież napisać. Od kilku dni tworzę ten tekst i nie jest to łatwe. Każda rzecz, którą tam przeżyłam wydaje się być ważna, osobista i bardzo trudna do opisania.

Na koniec chciałabym powiedzieć, że podróż do Poznania to fantastyczna przygoda, jednak właściwy jej cel możesz znaleźć wszędzie, gdziekolwiek teraz jesteś. Wystarczy, że usiądziesz, zapalisz świeczkę, może poszukasz jakiejś ikony Jezusa, albo Maryi, właściwie zrobisz cokolwiek co ułatwi Ci wejście w przestrzeń modlitwy. Jak już tak usiądziesz, zatrzymasz się na chwilę, spróbuj Go zawołać. Jak? Po prostu, nie komplikując niczego. Tak, jak dyktuje Ci serce. Może być jedno słowo – przyjdź. Wiem, że wypowiedziane z wiarą może sprawić, że Twoje życie nie będzie już takie samo. Być może trzeba będzie zawołać kilka razy, nie przestawaj! Kiedyś przyjdzie, a właściwie za każdym razem kiedy Go zawołasz, On będzie, tylko nie zawsze tak wyraźny i oczywisty jakbyśmy tego chcieli. Sam powiedział w Księdze Izajasza: Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami – wyrocznia Pana. (Iz 55, 8-9).

Dziękuję za ten czas Wspólnocie Przymierze Miłosierdzia w Poznaniu. Jesteście niezwykli! A najbardziej niezwykły jest ten, którego imię Jestem.

Basia
Rekolekcje z Ojcami, Poznań