„Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie; już nie jestem godzien nazywać się twoim synem: uczyń mnie choćby jednym z najemników. Wybrał się więc i poszedł do swojego ojca” (Łk 15,18b–20)
W każdym człowieku zapisane jest prawo naturalne, które nim kieruje i wiedzie ku Życiu. Święty Tomasz, dodaje, że to prawo polega na tym, by „czynić dobro, a zła unikać” i że jest podstawą moralności chrześcijańskiej, która oświecając nasze sumienie, przemienia nas, tak abyśmy doszli „do człowieka doskonałego, do miary wielkości według Pełni Chrystusa” (Ef 4,13). Dlatego Jezus nie tylko objawia ludzkości siebie, ale objawia także, kim jest człowiek i w ten sposób nam, którzy jesteśmy dziećmi w Synu, wskazuje drogę powrotu do Ojca, naszego Początku. Zanurzając się w tajemnicy tego objawienia, pragniemy w tym miesiącu głębiej rozpoznać naszą godność jako dzieci ukochanych i odrodzonych do życia.
Gdy spojrzymy na postać młodszego syna z przypowieści zapisanej w 15. rozdziale Ewangelii według świętego Łukasza, widzimy, że kiedy „zastanowił się”, odczuł potrzebę powrotu do domu, do swego początku, do swojego miejsca w świecie, wreszcie: do samej swej istoty, i widzimy, że nie dokonuje się to inaczej jak przez powrót do Ojca. Tęsknota za tym, kim jesteśmy, jest powodem konfliktów wewnętrznych, ponieważ pokazuje nam całe wypaczenie, jakie powoduje w nas grzech. Lecz mimo to żaden upadek nie jest w stanie naruszyć naszej pierwotnej tożsamości, jaką otrzymaliśmy od Stwórcy: zło nie stwarza, a jedynie wypacza to co stworzone. I właśnie takie efekty zło powoduje w stworzeniach, w nas: wypaczenie naszego obrazu, naszej tożsamości, aby zamroczyć nasze sumienie i sprawić, że popadając w zapomnienie, nie będzie już ono w stanie rozpoznać prawdy o nas samych i o naszych bliźnich. W konsekwencji, jak rozważaliśmy w ubiegłym miesiącu, dochodzimy do punktu, w którym wiedziemy życie letnie i wygodnickie, będąc kimś, kim nie jesteśmy. Podsumowując, grzech nas nie definiuje i właśnie w spotkaniu z tą prawdą najmłodszy syn doznał przebudzenia: jest synem, ma swoją godność, ma swoje miejsce, ma Ojca.
„Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie; już nie jestem godzien nazywać się twoim synem: uczyń mnie choćby jednym z najemników. Wybrał się więc i poszedł do swojego ojca” (Łk 15,18b–20)
Na naszej drodze chrześcijańskiego życia, a w szczególności żyjąc naszym charyzmatem miłosierdzia, napotykamy ludzkość głęboko poranioną, dotkniętą niepamięcią oraz zniekształconą. Czasami, podczas ewangelizacji czy w domach przyjęć, dostrzegamy zmianę, jaka zachodzi w tych ludziach, których znajdujemy jako bezimiennych, bez tożsamości, bez historii – gdy po odkryciu na nowo miłosiernego Ojca to, co było ciemne, zostaje rozświetlone, i wydobywa się na światło oblicze, imię i historia tego, który jest synem. Prawdziwy cud! I właśnie to ciągłe zniżanie się Boga ku nam i naszej ludzkiej kondycji, aby podnieść tego, kto upadł, i aby obudzić człowieka do życia, jest niezmordowanym wysiłkiem miłości Boga! Lecz dlaczego my czasem rezygnujemy z innych ludzi i z siebie samych? Dlaczego w obliczu słabości zniechęcenie utwierdza nas w życiu biernym, które wiedzie prosto ku śmierci? Dlaczego czasem nie podejmujemy wysiłku? Lęk przed porażką, przed zranieniem lub przed narzucaniem się innym jest jak zaciągnięty hamulec, który uniemożliwia nam ruszenie z miejsca. Największą przeciwnością na drodze świętości nie jest grzech jako taki, lecz poczucie porażki i lęk przed nią, ponieważ kto daje się tym uczuciom zdominować i sparaliżować, już sam się potępił, zamknął się na miłosierdzie i nie jest już w stanie podjąć wysiłku, czy chociaż spróbować. Nawet poranieni, nie możemy ustawać, ponieważ Chrystus, podczas gdy Go biczowali, nie poddał się, i to właśnie mamy zapisane w naszym „duchowym DNA”, jak czytamy w naszym Liście-Testamencie:
Wiemy, że sekret tej miłości leży w „[…] jak Ja was umiłowałem… Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” (J 15,12–13). Nie możemy zatem zakończyć tego listu bez przypomnienia Wam, że „służyć” Jezusowi oznacza „iść za Nim” aż do śmierci i to śmierci krzyżowej (por. Flp 2,8). Obieramy Jezusa Opuszczonego za naszego jedynego Oblubieńca, przyjmując wszelkie opuszczenie, nędzę i cierpienie jako największy skarb naszego życia, pozwalając się zranić, „obrzezać” nasze serce przez cierpienie naszych braci, rozpoznając w naszych ranach rany Zmartwychwstałego, źródła Miłosierdzia dla świata (List-Testament, p. 16, w: Statuty i Konstytucje…)
Dzięki temu „świętemu uporowi” młodszy syn rozpoznaje swoją kondycję i wraca. Musiał zobaczyć cały mrok swoich wyborów, zmierzyć się z porażką, zobaczyć miarę zniszczenia, aby przebudzić się i wrócić. Na ten głęboki akt skruchy składają się dwa konkretne wymiary: żal i rozpoznanie. Kiedy mówimy o żalu, jesteśmy wolni od pokusy porażki, ponieważ akt żalu oznacza między innymi, metanoię, czyli nawrócenie, zmianę kierunku działania i przemianę myślenia. Żal jest tym głębokim poruszeniem wewnętrznym, który wybija nas z ciemności, wyprowadza z powrotem na światło; jest ową głęboką skruchą, która pociąga za sobą zmianę. Z kolei słowo „rozpoznanie” jest jak rewizja, jak powrót do miejsca znanego, swojskiego, lecz także takiego, w którym i my jesteśmy znani. Dlatego możemy mówić, że skrucha jest tym, co otwiera drzwi miłosierdziu, jest drzwiami do domu Ojca. Lecz widzimy także niepokój i pokusy, jakie przeniknęły do serca zagubionego syna, dostrzegamy je w słowach: „uczyń mię choćby jednym z najemników”. Istotnie, poczucie zasługiwania na karę lub kurczowe obstawanie przy poczuciu winy mogą skłonić nas do powrotu, lecz nie do końca; mogą spowodować zmianę, lecz nie z bojaźni, a wskutek lęku. A zatem czy jest możliwe wrócić i zająć swoje miejsce przy Bogu po doświadczeniu grzechu? Na nowo stać się członkiem rodziny, bratem wśród braci? Przyjąć wolę Ojca? Jak uczy nas święty Franciszek Salezy w swoim liście do „Filotei”: trzeba wyzbyć się przywiązania do grzechu. A przypomnę tutaj, że przywiązanie do grzechu nie oznacza samego grzesznego czynu, lecz tęsknotę za nim czy nawet uczucie, które cię z nim wiąże: czy to poczucie winy, czy urazy, czy to robienie z siebie ofiary, czy brak przebaczenia.
„Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie; już nie jestem godzien nazywać się twoim synem: uczyń mnie choćby jednym z najemników. Wybrał się więc i poszedł do swojego ojca” (Łk 15,18b–20)
Skrucha prowadzi nas do przyjęcia nowej postawy, do rozpoznania właściwego nam miejsca. Skrucha sprawia, że znamy drogę powrotną, lecz tym właściwym uzdrowieniem, które nas wyzwala i powoduje zerwanie z grzechem, jest bliskość z Ojcem. Młodszy syn, kiedy zdecydował się iść na spotkanie Ojca, zdołał przełamać w sobie nawet czysto fizjologiczne uczucia głodu, pragnienia, zimna… on po prostu musiał wrócić do Ojca, do tej głębokiej bliskości, do relacji, w której idzie się drogą zjednoczenia duszy z Bogiem. To właśnie w chwili, w której Ojciec go przytula i obsypuje pocałunkami, upadają wszelkie wątpliwości, frustracje, lęki…
W głębokiej relacji Ojca i Syna rozpalamy się w Duchu – by żyć Życiem w pełni, tym, którego kosztujemy już na tym świecie; Życiem, które posiądziemy w obfitości w łonie Trójcy, gdzie wszyscy będziemy świętować wraz z braćmi zwycięstwo miłości:
Nie ustaniemy jednak
w szukaniu tego brata
na drogach miłości,
w przyczyniania się za nim
i miłowaniu go w błaganiach Ducha (por. Rz 8,26),
z głębin Miłosierdzia,
z otwartym sercem (por. 2 Kor 6,11–12; 7,2–3)
wylewając za nim łzy
tęsknego oczekiwania,
aby kiedy wróci,
odnalazł zawsze otwarte drzwi,
wyciągnięte ramiona,
przyjazne spojrzenia,
Miłość Miłosierną
Ojca i Syna w Duchu Świętym,
Pana, który daje życie (por. Łk 15,11nn).
Grzesznik,
który wraca,
będzie najbardziej umiłowanym
spośród braci,
bo „…miłość zakrywa
wiele grzechów” (1 P 4,8)
Niech więc nasze domy fraterni i grupy Przymierza Miłosierdzia będą zawsze tym miejscem, w którym rozpoznamy naszą głęboką istotę i gdzie zostaniemy przyjęci tak, jak powracający syn, zawsze znajdując przestrzeń i własne miejsce, które mamy w tym domu. Niech tęsknota będzie tym uczuciem, które poruszy w nas pragnienie bycia razem i odnajdowania obecności Jezusa pośród nas – obecności będącej płomieniem nadziei w naszej misji. Obyśmy w tej naszej rodzinie byli kształtowani i formowani, doznawali odrodzenia i odnowienia w łasce Miłosierdzia, która uczy nas, by się nie poddawać, lecz podejmować wysiłek; nie ustawać, lecz postępować w miłości; nie zniechęcać się, ale czekać jak miłosierny Ojciec. Wreszcie odnawiajmy się w nadziei, oczyszczajmy nasze spojrzenie, abyśmy wszyscy mieli prawdziwie rozbudzone sumienie – a także pewność, że jesteśmy tymi umiłowanymi dziećmi Ojca, których objawienia się „stworzenie z upragnieniem oczekuje” (Rz 8,19).
Propozycja życia słowem na miesiąc:
- Przejrzyj swój dziennik duchowy lub notatki i oceń kroki, jakie podjąłeś w kontekście bliskości z Ojcem: czego dziś o sobie nie wiesz? Czy jest coś, o co walkę już porzuciłeś, coś co potrzebuje podjęcia wysiłku z twojej strony i/lub przebaczenia?
- Korzystając dobrze z tego czasu Wielkiego Postu, zrób dogłębny rachunek sumienia i odbądź dobrą spowiedź, pragnąc ujrzeć i rozpoznać miłosierne oblicze Ojca oraz poczuć w tym sakramencie Jego wyzwalające przytulenie.
- Wspólnie z braćmi i siostrami podejmijcie konkretne postanowienie w kwestii wspólnotowego nawrócenia (punktualność, zobowiązanie do modlitwy jedni za drugich, przyjęcie kogoś, okazanie gościnności, podjęcie porzuconego dzieła ewangelizacji, poszukanie brata lub siostry, których nie ma już w grupie…).
Posłuchaj słowa na miesiąc
czyta Hubert Czarnocki