Brama dla owiec – Słowo na kwiecień 2019

 „Ja jestem bramą. Jeżeli ktoś wejdzie przeze Mnie, będzie zbawiony” (J 10,9) 

Podczas rekonstrukcji murów Świętego Miasta jako pierwszą odnowiono Bramę Owczą. Pisze o tym prorok Nehemiasz (Ne 3,1). To objawienie Słowa ma dla nas duże znaczenie na naszej drodze do dojrzałości i odnowienia duchowego. Brama Owcza znajdowała się nieopodal sadzawki Betesdy albo Betsaidy i przez nią przechodziły owce przeznaczone na ofiarę. W sadzawce owce były myte, aby tak oczyszczone mogły zostać poprowadzone do świątyni.

Rozpoczynając proces naszej odnowy, musimy w pierwszej kolejności przejść przez Bramę Owczą – tę samą bramę, przez którą Chrystus wkroczył do Jerozolimy, by przeżyć misterium męki, śmierci i zmartwychwstania dla naszego zbawienia (por. J 5,1-16).

Jakie znaczenie ma ta brama dla naszej duchowej drogi?

Pragnę zwrócić uwagę na trzy podstawowe kwestie, które oświecą nas na szlaku naszej odnowy duchowej i pomogą zrozumieć poruszane treści oraz żyć tym słowem każdego dnia miesiąca:

  1. Jezus jest bramą, przez którą musimy przejść, by osiągnąć zbawienie

Zbawienia nie osiągniemy własnymi siłami, wysiłkiem czy dobrymi uczynkami: zbawienie to Chrystus. Papież Franciszek nieustannie przypomina, że Pan jest zawsze pierwszy. Oznacza to, że On ukochał nas jako pierwszy i On wychodzi zawsze z inicjatywą miłości: „Bóg zaś okazuje nam swoją miłość [właśnie] przez to, że Chrystus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami. Tym bardziej więc będziemy przez Niego zachowani od karzącego gniewu, gdy teraz przez krew Jego zostaliśmy usprawiedliwieni” (Rz 5, 8-9).

Zbawienie jest darmowym darem od Pana, który wystarczy przyjąć. On nas zbawił, On nas kocha, On oddał się za nas. W tym świetle możemy lepiej zrozumieć, dlaczego prorok Jan Chrzciciel na początku czwartej Ewangelii, pokazując Jezusa światu, objawia Jego najgłębszą tożsamość: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata” (J 1,29). Jezus jest Barankiem złożonym za nas w ofierze, jest równocześnie bramą, przez którą wchodzimy do Miłosiernego Serca Ojca, co więcej – Pasterzem, który nas prowadzi i ukazuje prawdziwą chrześcijańską tożsamość: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” (J 15,13).

Przejść przez bramę, którą jest sam Jezus, to zrozumieć Jego Słowo, mówiące, że „bez Niego nic nie możemy uczynić” (por. J 15,5) oraz „u Boga wszystko jest możliwe” (por. Mt 19,26).

„Ja jestem bramą. Jeżeli ktoś wejdzie przeze Mnie, będzie zbawiony” (J 10,9)

  1. Jezus jest moim Pasterzem

Przejść przez Bramę Owczą oznacza również nauczyć się podążać za Jezusem i ufać Mu, wierząc, że „przyszedł po to, aby [owce] miały życie i miały je w obfitości” (por. J 10,10). Chrystus może nas prowadzić, kiedy rozpoznajemy Jego głos, pełnimy Jego wolę, słuchamy Jego Słowa i nim żyjemy.

Tu jednak wkracza gwałtowny atak diabła, który od początku historii zbawienia pragnie oddzielić nas od Boga, wzbudzając w nas okrutne podejrzenie wobec Pana: „Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło” (por. Rdz 3,5). Ta straszna wątpliwość jest najgłębszą raną zadaną przez grzech pierworodny, bo budzi niewiarę w Bożą Miłość i brak zaufania wobec Bożej woli. Sugestia szatana w Księdze Rodzaju ma wzbudzić w nas przekonanie, że Bóg nie jest „Bogiem dla nas”, ale „Bogiem przeciwko nam”. Wróg Boga chce naszej słabości, ubóstwa i cierpienia. On zawsze będzie zasiewał w naszym umyśle ziarno podejrzliwości, które nada woli Ojca posmak łez i goryczy, a grzech ubarwi fałszywym odczuciem przyjemności i wolności.

Sprawując Mszę Świętą, obserwuję, jak wiele osób podczas modlitwy „Ojcze nasz” przybiera ponury wyraz twarzy, kiedy padają słowa „Bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi”. Bardzo trudno jest nam zrezygnować z własnej woli i pozwolić Bożej woli objawić się w nas!

Jeżeli chcemy być prawdziwymi uczniami Jezusa i podążać za Nim jako jedynym Pasterzem i Panem naszego życia, musimy przejść przez bramę, która prowadzi nas na zielone łąki, do spokojnych wód i ku Jego bezpiecznej miłości. Zapraszam was do medytacji nad Psalmem 23, do modlitwy tym psalmem, do śpiewu, adoracji i kontemplacji wielkości Boga, zanurzając się w radości, dobroci, pokoju i mocy płynącej z Jego Obecności.

  1. Być jak owce, które podążają za Panem

Krocz z Jezusem, wejdź w Jezusa – On jest bramą dla zranionych owiec, bramą Miłosierdzia! Z Jezusem zrozumiemy, że sensem życia jest dawać życie, bo „Więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu” (Dz 20,35). On sam zachęcił nas do świadczenia światu o naszym charyzmacie: „Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali” (J 13,35). Miłość przynagla nas do tego, byśmy nie żyli już więcej dla siebie samych, ale wyszli z siebie i zapukali do drzwi serca drugiej osoby, stworzonej do dawania i przyjmowania miłości.

„Ja jestem bramą. Jeżeli ktoś wejdzie przeze Mnie, będzie zbawiony” (J 10,9)

Wspominam doświadczenie mojej znajomej, którą do tego stopnia zwiodły okultyzm, nieuporządkowana seksualność i postrzeganie siebie samej jako ofiary, że zaczęła planować własną śmierć. Ustaliła godzinę i miejsce samobójstwa. Ale w tym czasie i miejscu spotkał ją Jezus, objawiając jej swoje Miłosierdzie i przebogate życie. Dziś ta cudowna kobieta tryska radością i oddaje swoje życie, aby inni także mogli poznać tę miłość, która ją uratowała. Ofiarowuje siebie bez znużenia, nie szczędząc sił i, pomimo zaawansowanego wieku, sprawia wrażenie wiecznie młodej, radosnej i pełnej życia.

Na zakończenie chciałbym przytoczyć krótką myśl papieża Franciszka: „Rzeki nie piją własnej wody, drzewa nie jedzą własnych owoców. Słońce nie świeci dla siebie samego; a kwiaty nie pachną dla siebie. Życie dla innych jest prawem natury (…). Życie jest dobre, kiedy jesteś szczęśliwy, ale jest dużo lepsze, kiedy inni są szczęśliwi dzięki tobie”.

Niech cię Bóg błogosławi!

ojciec João Henrique
Założyciel Wspólnoty

Słowo na marzec 2019

Czas odnowy

Drogie dzieci, drodzy przyjaciele! W tym roku przygotowań do 20. rocznicy powstania naszej błogosławionej, małej i ubogiej rodziny „Przymierza Miłosierdzia” [1], rozeznaliśmy, że Pan wzywa nas do nowego kroku ku „dojrzałości ludzkiej i duchowej”. Tę dojrzałość osiągnąć możemy, trwając w świetle Słowa Pańskiego, które jest „duchem i życiem” (por. J 6,63). Ośmielimy się stwierdzić, że dojrzałość polega na skoncentrowaniu naszych wysiłków, by żyć w pełni tym, o czym mówi święty Paweł: „Sam Bóg pokoju niech was całkowicie uświęca, aby nienaruszony duch wasz, dusza i ciało bez zarzutu zachowały się na przyjście Pana naszego Jezusa Chrystusa. Wierny jest Ten, który was wzywa: On też tego dokona” (1Tes 5,23-24).

Dojrzałość konkretyzuje się, kiedy uzmysławiamy sobie, że to nie my wybraliśmy Pana, ale to On nas wybrał, ustanowił, poświęcił i posłał (por. J 15,16), i kiedy jest w nas świadomość, że „On jest wierny i On też tego dokona”. A zatem niech On będzie rzeczywistym Panem naszej historii! Otwórzmy przed Nim drzwi naszej duszy, aby wkroczył tam jako jedyny Pan: „Bramy, podnieście swe szczyty i unieście się, prastare podwoje, aby mógł wkroczyć Król chwały” (Ps 24,7).

Być dojrzałym to żyć jak Maryja, codziennie powtarzać nasze „tak”, aby „stało się nam według Jego słowa” (por. Łk 1,38). Przypomnijmy, co Maria Paola mówiła w godzinie śmierci: „Nieważne, co ja zrobiłam – ważne jest to, co uczynił we mnie Pan”. Naszym powołaniem jest „być apostołami nowej ewangelizacji, aby budować cywilizację Miłości”. A czy ty jesteś gotów codziennie oddawać swoje życie, aby przemieniać historię?[2]

Być dojrzałym to stale „odinstalowywać” nasze zabezpieczenia i bogactwa, tak by na koniec życia móc zrozumieć i wygłosić tę prawdę: „jak dotąd nie zrobiliśmy nic. Musimy zacząć wszystko od początku!”. Moglibyśmy również stwierdzić, że być dojrzałym to „powrócić do pierwotnej miłości, wspominając Miłosierdzie Boga w naszym życiu, drogę nawrócenia, powracając do <<pierwszych czynów>>, do istoty naszego życia” (por. Ap 2,4nn.).

Dziś i każdego dnia musimy przezwyciężać pokusę wygodnictwa, zadowolenia, przyzwyczajenia. Ilekroć Izraelici zaczynali żyć wygodnie i czcić dzieła swoich rąk, ufając w swoje własne siły, zadowalając się swymi podbojami i fałszywymi zabezpieczeniami, Pan interweniował i „odinstalowywał” swój lud, zsyłając na niego kolejne wygnania. Święte Miasto było burzone, a Izraelici byli wypędzani ze swojej ziemi, by później do niej powrócić i rozpocząć rekonstrukcję. Działo się tak, aby lud Boga mógł „powrócić do Niego całym sercem”, zaczynając na nowo, przemieniając swe zachowanie i składając całą nadzieję w Nim jedynie jako jedynym i prawdziwym Panu.

W tym roku pragniemy skupić się na zagadnieniu odnowy. Przemierzając tę drogę, będziemy kierować się planem wytyczonym przez Księgę Nehemiasza, która opowiada historię odnowienia Jerozolimy po niewoli babilońskiej[3]. Księgi Ezdrasza i Nehemiasza to nasze jedyne źródła dotyczące okresu po wygnaniu, a ich tematem przewodnim jest rekonstrukcja Judy, Jerozolimy i Świątyni Jerozolimskiej i, przede wszystkim, odnowienie boskiego Przymierza z narodem wybranym (por. Ezd 7-10).

Zagłębiając się w treść Księgi Nehemiasza, odkryjemy cudowne „poruszenie” Ducha. Nastąpiło ono, gdy lud, zgromadzony na czytaniu księgi Prawa (Słowa Bożego), wzruszył się głęboko. Wówczas namiestnik Nehemiasz oraz kapłan-pisarz Ezdrasz powiedzieli: „Ten dzień jest poświęcony Panu, Bogu waszemu. Nie bądźcie smutni i nie płaczcie! […] A nie bądźcie przygnębieni, gdyż radość w Panu jest waszą ostoją” (Ne 8,9-10). W Księdze Nehemiasza Bóg zaprasza nas do tego, byśmy w świetle stwórczego Słowa Bożego, które „czyni wszystko nowe” (por. Ap 21,5), odbudowali swoje życie jako Rodzina Przymierza Miłosierdzia. Uświęcenie naszej Wspólnoty zaczyna się ode mnie. To nawrócenie jest zobowiązaniem na każdy dzień!

W szczególny sposób będziemy analizować, z pomocą Ducha Świętego, odnowienie dwunastu bram Jerozolimy, zgodnie z relacją zawartą w księdze Nehemiasza. Zauważymy, że każda z tych bram symbolizuje krok konieczny do odbudowy „naszego miasta”, „twierdzy wewnętrznej”, jak mawiała święta Teresa z Ávili, a współcześnie – naszego „Jeruzalem”, naszej Wspólnoty, „Miasta Boga”.

Wierzymy, że te kroki będą przemieniały historię, bo wiemy, że lepszy świat zależy od naszego osobistego i wspólnotowego „tak” Bożemu Słowu. Uczymy się tego w szkole Maryi, naszej matki: „Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa!” (Łk 1,38). Tak jak na początku istnienia Dzieła, podobnie i dziś Pan zaprasza nas do tego, byśmy mówili „tak” lepszemu światu!

Niech cię Bóg błogosławi na drodze tych rozważań Słowa Bożego. Niech On, nasz Pan, odnowi i odbuduje bramy „swojego Jeruzalem” i opieczętuje każdą z tych bram mocą Ducha Świętego, aby Jego Słowo całkowicie wypełniło się w naszej Rodzinie Przymierza Miłosierdzia.

ojciec João Henrique
ojciec Antonello Cadeddu

 


[1] W tym momencie pragniemy wspomnieć naszą ukochaną siostrę, Marię Paolę Ollę – Włoszkę pochodzącą z miejscowości Sinnai na Sardynii, która była jedną z założycielek Przymierza Miłosierdzia. W roku 2009, po pięcioletniej walce z rakiem piersi, zakończyła swoją ziemską misję.


[2] Ojciec Święty Jan Paweł II podczas Światowych Dni Młodzieży w Buenos Aires w roku 1987.


[3] Wygnanie do Babilonii, niewola babilońska lub wygnanie babilońskie – to termin na określenie masowej deportacji i wysiedlenia Żydów z dawnego Królestwa Judy do Babilonii przez Nabuchodonozora II. W tym okresie działalność pełnili prorocy Starego Testamentu: Jeremiasz, Ezechiel i Daniel. Wygnanie było dla proroków czasem oczyszczenia, konsekwencją grzechu Izraela, karą boską nałożoną za niewierność ludu. W desperackiej próbie uniknięcia gorzkiej kary od Boga, prorocy nieustannie obwieszczają wyrocznie przeciw przywódcom, przeciw kultom praktykowanym w Świątyni i przeciwko całemu ludowi.

Słowo na luty 2019

BIADA MI GDYBYM NIE EWANGELIZOWAŁ

Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu.” (Mk 16,15)

Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii!” (1Kor 9,16) mówił Paweł, Apostoł poganów. Jego rozpalone serce nie mogło się powstrzymać. Musiał promieniować owym światłem, które uczyniło go ślepym na rzeczy świata a objawiło mu żywego Chrystusa, Zmartwychwstałego, który przemienił jego życie.

Paweł nie mógł zachować dla siebie miłości jaką otrzymał, ponieważ wiedział, że ewangelizacja była kwestią życia lub śmierci. Życie lub śmierć wieczna, ponieważ Słowo Pana jest jasne: “kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony” (Mk 16,16). Miłość Chrystusa pobudza do myślenia, że Jezus umarł za wszystkich, aby nikt nie żył dłużej dla siebie samego, aby uwolnić nas z więzienia naszego ja, w którym czujemy, że umieramy (2Kor 5,15).

Jako świadek Miłosierdzia Bożego, które przemienia grzeszników w świętych, wykrzykiwał na głos i życiem skonsumowanym aż do męczeństwa dla miłości Chrystusa.

Dzisiaj, jak nigdy, świat potrzebuje być ewangelizowany, a nakaz misyjny Chrystusa każdego dnia staje się bardziej aktualny. “Nie znajdzie ludzkość uspokojenia, dopokąd się nie zwróci z ufnością do miłosierdzia mojego.” (Dzienniczek św. Faustyny, nr. 300)

Żyjemy w najbardziej krwawej epoce w historii ludzkości. Dwie wojny światowe zabiły jedną czwartą populacji europejskiej. Ideologia komunistyczna w Rosji i Chinach przyniosła śmierć 140 milionów. Aborcja zabija, każdego roku, 55 milionów niewinnych żyć, przekształcając macicę, ogród życia, w bunkier śmierci, w eksterminację niewinnych dzieci. Wobec obojętności świata, każdego dnia aborcja zbiera swoje żniwo, więcej żyć niż trzy bomby atomowe, jak w przypadku Hiroszimy.

W samej Brazylii mieliśmy 56 tysięcy zabójstw podczas roku w populacji 200 milionów mieszkańców. Proporcjonalnie więcej niż w wojnie w Wietnamie i w Syrii… i przyzwyczajamy się do tego wszystkiego.

Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu.” (Mk 16,15)

Papież święty Jan Paweł II, podczas swojego długiego pontyfikatu, odwiedził cały świat, wzywając z mocą Kościół do “nowej ewangelizacji”: nowego zapału, w metodach, w wyrażeniach. Spotkał, jako Papież, podczas swoich nieskończonych podróży apostolskich, więcej niż 400 miliony ludzi, nawet będąc w złym stanie zdrowia, przemierzał kilometry odpowiadające czterokrotności odległości między Ziemią a Księżycem. Po to, aby głosić Ewangelię Pana i, jako iskra boskiej miłości, aż po ekstremum sił, przynieść światu ogień miłości miłosiernej Serca Chrystusa, które żyje dzisiaj i zawsze w historii świata. Nie możemy nigdy zapominać, że Jezus nas posyła i kroczy z nami: “A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28,20). On działa z nami kiedy głosimy Jego Ewangelię potwierdzając Słowo poprzez znaki, które nam towarzyszą (Mk 16,20).

Dzisiaj, jak nigdy, ten naglący apel Serca Chrystusa (należy) odnosi się do nas! Dzisiaj jest nasza kolej, aby powtórzyć “Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii!” (1Kor 9,16). Do naszego pokolenia należy ewangelizowanie tego pokolenia: “a swoje miłosierdzie na pokolenia i pokolenia [zachowuje] dla tych, co się Go boją” (Łk 1,50). Miliardy mężczyzn i kobiet wyczekują, aby doświadczyć Miłosierdzia Pana, które ożywi ich życie i przemieni historię. Święty Paweł, święty Jan Paweł II, święta Teresa z Kalkuty, święty Franciszek, święty Dominik i wszyscy święci i męczennicy, którzy poprzedzili nas patrzą na nas, abyśmy nie pozwolili uciszyć głosu Ewangelii, który został nam przekazany, abyśmy nie pozwolili, aby krew Jezusa i zastępów męczenników w historii Kościoła poszła na marne.

Musimy mieć świadomość, że Chrystus nadal jest prześladowany w Swoim Kościele. Papież Franciszek, wiele razy, przypominał nam, że Kościół miał więcej męczenników w ostatnim wieku niż na początku chrześcijanizmu. Co każde pięć minut jakiś chrześcijanin jest mordowany. Nie można tego wyemitować, ponieważ media komunikacyjne, sprzedawane w interesach niewielu, mogą tylko ujawnić skandale kościelne z jedyną intencją uciszenia Kościoła i zniszczenia jego autorytetu duchowego. Musimy mieć świadomość, że istnieje prawdziwa “dyktatura kulturowa unikalnego myślenia”, jak mówił Papież Emeryt Benedykt XVI, która ma na celu zniszczenie rodzin, Kościoła i wszystkich wartości moralnych, które są podtrzymywane.

Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu.” (Mk 16,15)

Kardynał Cafarra mówił, że walka duchowa między dobrem i złem, która toczy się na polu wolności serca człowieka, ma odbicie społeczne, demoniczne i przemocowe. W aborcji i eutanazji dostrzegał atak przeciwko Bogu Stworzycielowi, Panu życia. Dostrzegał ponadto, w “ideologii gatunku”, bezpośredni atak przeciwko Bogu rodziny, Bogu Trójcy, który stworzył człowieka na Swój obraz, stworzył mężczyznę i kobietę (Rdz 1,27). Jest to godzina “antychrysta”, który pragnie wprowadzić w świecie “przeciwieństwo” stworzenia, aby zniszczyć ludzkość.

Nadeszła godzina obudzenia! To jest godzina śmiałości i pilności “Nowej Ewangelizacji”. Wiemy, że “śmiałość złych wynika z pominięcia dobrych” (Papież Leon XIII) a przede wszystkim, że “Pan już zwyciężył świat”! To jest nasza godzina, nasze “tak” przybliża triumf Niepokalanego Serca Maryi przepowiadane w Fatimie.

Pan jest z nami! Ewangelizujemy bez strachu! Ewangelizujemy z kreatywnością i śmiałością. Ogłaszamy nową “Pięćdziesiątnicę Miłosierdzia”, która wyrwie świat z jego odrętwienia a ponadto rozpali, przywracając mu młodość, jak mówiła święta Gertruda.

Pe. João Henrique

Założyciel Przymierza Miłosierdzia

Słowo na styczeń 2019

GŁOSICIELE SŁOWA

„Za najwyższych kapłanów Annasza i Kajfasza skierowane zostało słowo Boże do Jana, syna Zachariasza, na pustyni. Obchodził więc całą okolicę nad Jordanem i głosił chrzest nawrócenia dla odpuszczenia grzechów.” (Łk 3,2-3)

Łukasz pragnie dokładnie opisać to wszystko, co dzieje się w czasach Jezusa. W medytowanym przez nas fragmencie (por. Łk 3,1 nn.) Ewangelista podaje dane historyczne: imiona cezara, namiestnika, tetrarchów i najwyższych kapłanów oraz miejsce sprawowania posługi przez Jana Chrzciciela. A to dlatego, że Słowo wciela się w historii. Jezus, Słowo Boga, staje się obecny w określonym czasie i miejscu. Jezus, Słowo, żyje w historii ludzkości.

W określonym czasie do Jana zostało skierowane Słowo Boże. On jest głosem poprzedzającym Jezusa Chrystusa: Boga, który zstępuje pośród nas. Łukasz pragnie nam pokazać, jak należy komunikować Słowo w świecie, i czyni to poprzez żywe doświadczenie Jana Chrzciciela.

Zanalizujmy więc elementy wymienione przez Ewangelistę.
Jan, dotknięty przez Ducha Świętego, głosi chrzest nawrócenia. Termin grecki, którego używa Ewangelia, to metanóia, co oznacza „przemianę sposobu myślenia i życia”. Aby móc przekazywać Słowo Jezusa, musimy radykalnie zmienić nasz sposób myślenia i życia. Błędne, a wręcz niszczące dla mnie samego i dla innych jest zakładanie, że mogę mówić o Jezusie, jeśli sam nie przemieniam każdego dnia mojego życia. Muszę zrozumieć, że moje istnienie polega na czymś więcej niż na realizowaniu prywatnych, egoistycznych interesów.

Głoszone przeze mnie Słowo powinno opierać się na konkretnym życiu; nie mogę pozwolić, by przeważało u mnie podwójne życie. Dlatego muszę zrozumieć, że doświadczyć metanoi oznacza również wyjść poza rozum, aby oddać się całkowicie Duchowi, wierząc, że to On ma mówić, a ja mam stanąć z boku. Niestety niektórzy głosiciele robią wszystko – nieświadomie, a czasem świadomie – aby stanąć w centrum, wywyższając siebie samych. To przerażająca rzeczywistość!

„Za najwyższych kapłanów Annasza i Kajfasza skierowane zostało słowo Boże do Jana, syna Zachariasza, na pustyni. Obchodził więc całą okolicę nad Jordanem i głosił chrzest nawrócenia dla odpuszczenia grzechów.” (Łk 3,2-3)

Kolejny element, na który warto zwrócić uwagę u Jana, to jego postawa wobec tego, co może mu zakomunikować Bóg. Jan jest głosem wołającym na pustyni. My również powinniśmy być „głosem Słowa”. Bóg potrzebuje ludzi, którzy będą komunikować Jego Słowo. Ale w tym celu ja sam powinienem zniknąć i pozwolić mówić Panu. Potrzeba pokory i świadomości, że to Bóg daje mi siłę i jasność, bo ja jestem tylko Jego instrumentem.

Żarówka zabłyśnie tylko wówczas, gdy jest prąd. Siła tkwi w energii, nie w samym przedmiocie. Bez prądu żarówkę można wyrzucić. Abym mógł głosić Ewangelię, muszę zgodzić się na to, że jestem, jak mawiała święta Tereska od Dzieciątka Jezus, „zabawką w rękach Jezusa, która może trafić do śmieci, jeśli On nie będzie już chciał się nią bawić”.

Należy spojrzeć na życie Maryi, matki Jezusa. Ona, wydając na świat Syna Boga, znika. Mówi jedynie: „Niech Mi się stanie według twego słowa!” (por. Łk 1,38). I ona będzie mogła powiedzieć w ciszy: „Wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej” (Łk 1,48a). Pokora to pewna droga głoszenia Słowa. Taka postawa czyni z nas głos: głos, który pozwala Bogu dosięgnąć ludzkich serc.
Teraz przyjrzyjmy się trzeciemu elementowi.

Jan żył na pustyni. Głos przygotowywał się z dala od zamieszania, od interesów religijnych czy politycznych. Pustynia w Biblii to miejsce, gdzie człowiek doświadcza wolności i przezwyciężenia wszelkich bożków i prywatnych interesów, gdzie odkrywa to wszystko, co go wiąże. Na pustyni człowiek spostrzega swe najniższe przywiązania, ale również dociera, poprzez wewnętrzne bitwy, do spotkania z Bogiem. Na pustyni człowiek uczy się tego, co najistotniejsze, nie gubiąc się w przeróżnych działaniach czy niepotrzebnych słowach. W wewnętrznej i zewnętrznej ciszy pustyni, Bóg może w końcu mówić z mocą.

My, którzy głosimy Słowo, jesteśmy proszeni, by żyć na pustyni. Nasza komunikacja powinna rodzić się z wewnętrznej ciszy. Słowo powinno tryskać, tak jak źródło tryska ze skały. Powinniśmy pić jedynie czystą i przejrzystą wodę, która wypływa z wnętrza skały, czyli z ciszy. W tej ciszy, osiągniętej z Bogiem w walce codzienności, pojawi się wyłącznie Słowo, Logos, Jezus.

„Za najwyższych kapłanów Annasza i Kajfasza skierowane zostało słowo Boże do Jana, syna Zachariasza, na pustyni. Obchodził więc całą okolicę nad Jordanem i głosił chrzest nawrócenia dla odpuszczenia grzechów.” (Łk 3,2-3)

Przedstawmy jeszcze jeden element, o którym słyszymy na samym początku tego tekstu. Ewangelista Łukasz kładzie nacisk na czas i miejsce, gdzie i kiedy Jan składa świadectwo i działa. Jan żyje w czasach Cezara Tyberiusza i Heroda. Łukasz pisze o miejscu i ludziach, którzy do Jana przychodzą. Historia zbawienia dzieje się w określonym czasie i miejscu. Jan prowadzi komunikację z konkretnymi ludźmi, którzy słuchają i pytają, co mają robić.

Nasze głoszenie nie może być nigdy wyjęte z kontekstu, w którym żyjemy. Musimy znać sytuacje, problemy, pragnienia, marzenia, błędy osób, które słuchają naszego głoszenia, aby Słowo stało się konkretne i dawało życie. Niestety często jest tak, że głoszący mówią, ale nie wchodzą głębiej w życie słuchaczy. To ci teologowie albo „fachowcy od Słowa”, którzy ze Słowa czynią studium teoretyczne i wykorzystują Je, by pokazać swoje obycie i inteligencję. I tak stają się niczym wiatr, który gubi się w powietrzu, bo Słowo nie wciela się w ich życiu, ale pozostaje teorią.

Kto prawdziwie komunikuje Boga, powinien badać, co Duch pragnie nam powiedzieć w czasie i miejscu, w których to Słowo jest głoszone. Powinien sam żyć tymi problemami i trudnościami, pozwalając Duchowi ukazywać rozwiązania, które tryskają z miłości Boga Ojca.

Kilka lat temu miałem cudowne doświadczenie. Kiedy głosiłem w pewnym mieście w Brazylii, podczas modlitwy Jezus powiedział wyraźnie, że młodzi przestaną umierać z powodu narkotyków, o ile co miesiąc będą odbywały się nocne czuwania na Adoracji Eucharystycznej. Ludzie przyjęli to słowo i proroctwo się wypełniło. Pięknie jest pozwalać Jezusowi działać w historii naszych czasów i stawać się tak kanałem Jego łaski.

A zatem głośmy Słowo, świadomi tego, że powinniśmy być głosem Boga – jak Jan Chrzciciel. Obyśmy i my mogli powtórzyć za Janem: „Potrzeba, by On wzrastał, a ja się umniejszał” (J 3,30).

ojciec Antonello Cadeddu

Słowo na grudzień 2018

Maryja raz jeszcze udziela nam lekcji, uczy nas drogi miłości, służby i ewangelizacji. Uczy czynić „boskim” każdy moment naszego życia i przemieniać każdą ludzką relację w doświadczenie Nieba. Maryja jako Matka udziela nam lekcji, jak żyć Słowem w konkrecie naszego życia, w naszej codzienności, i jak w miłości i służbie braciom odkryć syntezę Ewangelii.

Wszystko należy czynić, patrząc oczami Boga, w Bożej miłości i Obecności. Maryja i Elżbieta uczą nas tego, kiedy spotykają się ze sobą po zwiastowaniu anielskim: „W tym czasie Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w [pokoleniu] Judy. Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę. Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę” (Łk 1,39–41).

Łukasz, używając wyrażenia „w tym czasie”, nawiązuje ściśle do tego, co napisał wcześniej: „w szóstym miesiącu” [od poczęcia Jana]. Ten czas przywołuje Księgę Rodzaju, gdzie czytamy o stworzeniu człowieka przez Boga szóstego dnia. Liczba sześć składa się z sumy trzy plus trzy i w Biblii znaczy „kres, ograniczenie”. Oznacza to, że jesteśmy stworzeniami pełnymi ograniczeń, grzechów. Maryja w szóstym miesiącu udaje się z pośpiechem służyć Elżbiecie. Maryja wie, że idzie na spotkanie osobie ograniczonej, starej, pozbawionej sił. I wcale nie idzie do Elżbiety po to, by oznajmić wszystkim wielki cud, który Bóg w niej uczynił. Nic z tych rzeczy! Ona idzie służyć małemu i nędznemu stworzeniu, oddając się całkowicie do jego dyspozycji. Maryja w ciszy służy temu „nic”, które jest przed nią. Służy niedoskonałemu stworzeniu, a w nim pragnie służyć ludzkości, której brakowało Boga.

To dla nas wielka nauka. Musimy zrozumieć, że nie powinniśmy nigdy służyć innym po to, by dostać w zamian jakąś przysługę. Nie możemy służyć interesownie, z zamiarem otrzymania czegokolwiek. Tak jak Maryja powinniśmy świadomie posługiwać tym, których wybrał Jezus: ubogim, ograniczonym, najmniejszym. A my, przeciwnie, jak często pomagamy komuś bogatemu lub wykształconemu, kto może odpłacić się nam finansowo lub podziękować za pomoc? Maryja zaś wybiera to, co wybrał Bóg: to, co najmniejsze.

„W tym czasie Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w [pokoleniu] Judy”. (Łk 1,39)

A czyni to z pośpiechem! Nie przejmuje się swoim stanem fizycznym, tym, że w jej łonie jest obecny Syn Boży. Śpieszy się, by służyć, nie patrząc na siebie samą. Miłość jest skuteczna, gdy człowiek nie spędza życia na przygotowywaniach i opracowywaniu „planów pięcioletnich”. Ogólnie mówiąc, Kościół w służbie miłości wielokrotnie przylgnął zanadto do programów, spotkań i rozmów, które kończą się na papierze i tak umierają.

A my? Jakże często odkładamy na bok to, co było dla nas zbawieniem – jak nasze osobiste spotkanie z Bogiem – bo zaczynamy „rozumować”, i to „rozumowanie” przejmuje kontrolę nad naszymi myślami? Tak oto nie myślimy już o tym, że Jezusa spotykamy na nowo w ewangelizacji. Maryja z pośpiechem poszła służyć, bo ktoś potrzebował spotkania ze Zbawicielem. A co takiego my czynimy z pośpiechem? Czy duchowa, a nawet fizyczna śmierć drugiego człowieka nie robi na nas dziś wrażenia?

„Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę. Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę” (Łk 1,40–41). Ten krótki fragment ukazuje nam wspaniały obraz. Dwie osoby spotykają się i tak oto objawia się obecność Ducha Świętego. W tym wersecie Łukasz przypomina nam podstawową prawdę: moja służba realizuje się w cudowny, wspaniały sposób, jeśli ja, tak jak Maryja, trwam w Bogu i mam w sobie Boga. Moje czyny miłosierdzia będą miały wartość tylko jeśli żyję w Bogu, jeśli moja dusza trwa w harmonii ze Stwórcą i jeśli robię to, co przykazał nam czynić Jezus: kochać w Bogu, służyć w Bogu. Nie mogę i nigdy nie powinienem pełnić dzieł miłosierdzia tylko dlatego, że odczuwam czysto ludzkie pragnienie lub po to, by egoistycznie poczuć się spełnionym jako osoba.

Niestety, nasze działanie jest często czysto ludzkie, filantropijne. Służę ubogim, pragnąc za to zapłaty lub przebywając w towarzystwie znajomych. Odwiedzam ich, by poczuć się spełnionym, szczęśliwym, bardziej świętym… A z biegiem czasu wszystko mija! Ilu z nas – pełnych zapału, świeżo po nawróceniu, spędzaliśmy całe noce z braćmi z ulicy? A czy teraz żyjemy tym samym radykalizmem? Jeśli tak wygląda nasza służba, to nie trwaliśmy i nie trwamy w Bogu! Jeżeli w centrum mojego życia nie ma Jezusa, wówczas nie widzę Jezusa, który żyje w ubogich.

Maryja poszła z pośpiechem, aby służyć – ale ona wybrała się z żywym Jezusem w niej samej, w swoim łonie. Ofiarowuje jedyną rzecz, jaką ma: Jezusa. Nie poszła po to, by czynić dobro, ale aby zanieść Elżbiecie Jezusa. To jest prawdziwe dzieło miłosierdzia. To obecność Jezusa we mnie nieustannie porusza mnie do tego, by kochać i służyć bez ograniczeń. Tak oto staję się „Jezusem dla drugiego człowieka”. Służba, dzieło miłosierdzia ma sens wyłącznie, jeśli ja sam „jestem Jezusem”, jeśli kocham Miłość, jeśli żyję Słowem, Eucharystią. Jeżeli będę dawać innym siebie samego, z biegiem czasu napotkam tylko niepowodzenie, zmęczenie, odrzucenie, a nawet nienawiść drugiej osoby, bo człowiek, kochany po ludzku, pokazuje i będzie nieustannie coraz bardziej pokazywał swoje ograniczenia, egoizm, brud, grzech. Święte miłosierdzie urzeczywistnia się tylko wtedy, gdy kocham jak Jezus i w Jezusie. Maryja nie przejmowała się tym, że Elżbieta była stara, że mieszkała daleko, że czuła strach i ukrywała się przed ludźmi. Maryja zaniosła Elżbiecie Jezusa!

„W tym czasie Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w [pokoleniu] Judy”. (Łk 1,39)

„A Duch Święty napełnił Elżbietę” (Łk 1,41). To jest owoc miłości Maryi: Elżbieta otrzymała Ducha i napełniła się radością. Pięknie jest obserwować, jak obecność Jezusa, dana przez Maryję, przyciąga Ducha. Nasze miłosierdzie, nasza służba tym najmniejszym czy każdemu człowiekowi, którego spotykamy, powinna mieć jako punkt początkowy i końcowy niesienie Ducha Świętego, powinna prowadzić tę osobę do ponownych narodzin w Duchu Świętym: Jezus we mnie spotyka się z Jezusem w drugim człowieku i nasza wzajemna miłość rodzi Pięćdziesiątnicę! To powinien być nasz cel: nieść Ducha Świętego wszystkim tym, którym służymy w dziełach miłosierdzia.

Niech drugi człowiek, spotykając nas, może wydać okrzyk jak Elżbieta:  „Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona” (Łk 1,42).

o. Antonello Cadeddu

Słowo na listopad 2018

W Rwandzie, podczas dramatycznego ludobójstwa, które doprowadziło do śmierci ponad 800 tysięcy osób, chrześcijanie dali liczne świadectwa Miłosierdzia, które tylko Pan może złożyć w sercu
człowieka.
Pośród tak wielu doświadczeń, które zostały mi zrelacjonowane, chciałbym opowiedzieć następujące: pewnej niedzieli, kiedy we wspólnocie celebrowana była Eucharystia, pewien człowiek,
w momencie “Ojcze nasz”, przerwał modlitwę i powiedział: “Nie mogę modlić się “Ojcze nasz” ponieważ, nie jestem w stanie przebaczyć temu, który zabił moich bliskich . Jak mogę powiedzieć
“przebacz nam nasze winy, jako i my przebaczamy naszym winowajcom”, jeśli chowam jeszcze w moim sercu nienawiść? Potrzebuję pojednać się z tym bratem i poprosić go o przebaczenie za to, że aż do dzisiaj mu nie wybaczyłem, bo przecież jestem uczniem Pana, który na krzyżu, błagał o przebaczenie tym, którzy Go ukrzyżowali. Proszę módlcie się za mnie.” I wyszedł z kościoła. Cała
wspólnota podjęła modlitwę , wstawiając się z wiarą. Następnej niedzieli, ten chrześcijanin wszedł do kościoła ze swoim “nieprzyjacielem”, który powiedział: “ Chcę poznać Boga, który sprawił cię zdolnym do kochania w taki sposób, przebaczania w taki sposób, ponieważ tylko Bóg żywy i prawdziwy może tego dokonać.”

Mam tą pewność, że jeśli rzeczywiście będziemy konkretnymi świadkami Miłosierdzia Ojca, pociągniemy za nami na spotkanie z Jezusem, jedynym Panem i Zbawicielem, tłum mężczyzn i kobiet.

Dzisiaj i zawsze ludzie naszych czasów nie chcą tak bardzo słuchać mówienia o Jezusie, ale chcą słuchać Jezusa, kochać, działać w nas. Dzisiaj i zawsze, mężczyźni i kobiety, młodzi i dzieci, nawet bez wiedzy, noszą w swoich sercach nieskończone pragnienie, niezmęczonego poszukiwania, krzyk, który nie milknie: “Chcemy widzieć Jezusa!” (J 12,21). Oto o co prosili Grecy Filipa i Andrzeja w rozdziale 12 Ewangelii św. Jana, dzisiaj świat ma prawo pytać nas, którzy nazywamy siebie chrześcijanami.

Mam pewność, że nie istnieją źli ludzie. Istnieją tylko osoby zranione, spragnione i głodne, które przemieniły się w trudne, brutalne, bez skrupułów, ponieważ nie były w stanie znaleźć źródła czystej miłości, która jako jedyna może ugasić pragnienie serca. Innymi słowami, świat potrzebuje Chrystusa. Mam pewność, że tak jak mówiła święta Katarzyna “jeśli staniecie się tym kim jesteście,
zapalicie cały świat!”

Jak osiągnąć ten cud? Żyjąc Słowem, trwając w ten sposób w Chrystusie, aby Chrystus żył w nas!

“Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić.” (J 15,5)

Owoce, które Słowo produkuje w nas są niezliczone, ponieważ doskonałości Boskie są niezmierzone. Biblia nas uczy, że Słowo stwarza (Rdz 1,3), uświęca (Wj 19,5-6a), uzdrawia (Mt 8,8),
odradza (1 P 1,22-23), przemienia nas w podobnych do Jezusa (Łk 8,21), wypełnia nas radością (J 15,11), wskazuje, poprawia, wychowuje, udoskonala (2Tm 3,16-17). Warto uważnie czytać i
medytować psalm 119, najdłuższy psalm w Słowie Bożym, z 176 wersetami, gdzie każdy werset poszukuje wychwalania owocu Słowa Boga w tych, którzy je przyjmują.

Istnieje tak wiele łask, tak wiele owoców, których nie można wyrazić. Wiecie dlaczego?
Jezus nam zdradza sekret: “Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go, i przyjdziemy do niego, i będziemy u niego przebywać.” (J 14,23). Słowo przyjęte, zachowane w sercu i w życiu, przemienia nas w “żywe tabernakulum” Boga, przemienia nas w Maryję, “płodnych”, “wypełnionych” Bogiem, przemienia nas w nowe “Arki Przymierza”. I Arka była miejscem gdzie Bóg manifestował swoją obecność: a Shekinah !

Wiecie dlaczego, wraz z przyjściem Chrystusa i narodzinami Kościoła, Świątynia została zniszczona a Arka, w tajemniczy sposób, zniknęła? Jestem pewien, że wydarzyło się to, abyśmy zrozumieli, że nowy czas jaki Jezus przyszedł ustanowić na świecie, jest czasem
nowej “świątyni”, gdzie każdy z nas jest powołany do przemiany, aby świat doświadczył i uwierzył w Obecność Boga Żywego, który żyje w nas. To jest wspaniałe! Jak również jest dla nas wielką odpowiedzialnością.

Wewnątrz Arki przechowywane było Słowo Boże, manna i laska władzy kapłańskiej Aarona. Duch Święty dzisiaj chce wypisywać Słowo na tablicach naszych serc (2 Kor 3,3) i daje nam Chleb Życia oraz autorytet Pana, abyśmy stawali się świadkami Jego mocy,
kapłanami w świecie i prawdziwymi adoratorami. Radością Ojca jest, abyśmy mogli produkować wiele owoców z Chrystusem, ponieważ bez Niego, nic nie możemy uczynić. Musi być jasne dla nas: “Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poproście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. Ojciec mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami.” (J 15,7-8)

Zapamiętujmy, więc i żyjmy z żywą wiarą i śmiałością w miłości, tym Słowem:

“Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić.” (J 15,5)

Naszym powołaniem, w tym świecie i w wieczności jest, abyśmy przemienili się w żywe Słowo dla ludzi. Tworząc mnie, Pan głosił Słowo w inny sposób, partykularnie, dawał mi życie, to życie unikalne, tą specjalną misję, którą żaden inny mężczyzna ani kobieta, w historii ludzkości, nie mógłby zrealizować, oprócz mnie. I to Słowo, którym jestem, nie może wrócić do nieba bez zrealizowania swojej własnej misji, bez przyniesienia owoców, dla których zostało posłane na świat, jak mówi prorok Izajasz (Iz 55,11).

Pomyśl jak cenne jest twoje życie, “słowo żywe”, które ludzie mogą czytać bez potrzeby słów (1P 3,1). Proś Ducha Świętego, aby mógł pokazać im to Słowo wybrane, do którego zostałeś
powołany, aby być dla świata… Twoja misja jest unikalna, twoja osobista postawa zgody na to, aby Jezus żył w twoim sercu, która stanie się odblaskiem świętości Boga w historii ludzkości.

Czy pamiętasz co mówił święty Augustyn, jak już o tym pisaliśmy, jeśliby spalono całą Biblię i pozostało by tylko jedno Słowo: “Bóg jest miłością” (1J 4,8), to cała Biblia byłaby uratowana?
Bardzo dobrze.. Chiara Lubich również przychodzi by powiedzieć o wersecie z 1 J 4,8, który jeśli byłby spalony, a na świecie pozostał jeszcze prawdziwy uczeń Chrystusa, który zachowuje Jego Słowo w sercu, to cała Biblia byłaby uratowana i mogłaby być czytana w naszym życiu, czynach i gestach Miłości i Miłosierdzia.

Jeśli więc Bóg jest Miłosierdziem, a świat potrzebuje spotkać pokój, “bądźmy miłosierni jak Ojciec jest miłosierny” (Łk 6,36), a w taki sposób rozprzestrzenimy na świecie ogień miłości Boga Żywego i Świętego!

o. João Henrique

Słowo na październik 2018

Są to słowa, które wypowiadają uczniowie idący do Emaus, kiedy, uciekając z Jerozolimy, spotykają się z Jezusem. Zza tego wyrażenia wyłania się prawda, która przemienia życie tych, którzy ją rozumieją, tak jak się to stało z uczniami.

W istocie można zauważyć, że wielu chrześcijan słucha Słowa Bożego, lecz go nie rozumie. Słowo Jezusa można zrozumieć jedynie wówczas, gdy żyjemy w określonych warunkach. Dziś przeanalizujemy jeden z nich, otwierający nas na pozostałe.

Słowo Boże można zrozumieć jedynie wtedy, gdy Jezus jest obecny pośród dwu lub więcej braci zebranych razem! Jedynie wówczas, gdy trwamy w jedności i miłości. Spójrzmy na fragment, który analizujemy, gdyż on otworzy nam oczy i pomoże zrozumieć tę rzeczywistość.

Uczniowie, uciekając z Jerozolimy, „rozprawiali” między sobą [dosł. dyskutowali]. Słownik języka portugalskiego tak objaśnia sens słowa „dyskutować”: „wyrażać własne idee jako stojące w opozycji do tego, co uważają inni”.

Taka jest rzeczywistość, w której zazwyczaj żyjemy. Kiedy dwie osoby budują relację, zawsze przyjmują postawę dystansu, obrony, opozycji. Często nie jest to dostrzegalne na pierwszy rzut oka, lecz w istocie zawsze przyjmujemy postawę obronną.

Jest to szczególnie interesujące, gdy wyakcentujemy, że uczniowie nie rozumieją się wzajemnie, nie dostrzegają i nie rozpoznają Jezusa – tego samego Jezusa, który przez trzy lata żył razem z nimi. Ich oczy pozostają ślepe i nie mogą rozpoznać Tego, który od wieków żyje w komunii z Ojcem i Duchem Świętym.

Wielu chrześcijan, niestety, żyje w tej ślepocie: dyskutują, walczą, wprowadzają podziały, rzucają oszczerstwa. Nie znajdują w Słowie Bożym życia, używając go jedynie do formułowania praw i zasad, które krępują i, co więcej, na nieszczęście odpychają tych, którzy chcieliby odnaleźć w nich życie, jakie daje Ewangelia.

Uczniowie, gdy uciekali z Jerozolimy, byli smutni, czuli się zdradzeni, bali się, żyli w ciemności, nie akceptowali faktu śmierci Jezusa, ich serce było zamknięte, chcieli wrócić do życia pozbawionego sensu, życia w samotności, z dala od pozostałych uczniów. Najsmutniejsze jednak jest to, że oni znali słowa i życie Jezusa! Doświadczyli już mocy Boga, Jego miłości. Widzieli cuda, byli świadkami uzdrowień, sami też zostali dotknięci miłością Boga, lecz niczego nie rozumieli, czuli się osamotnieni, ich umysł błądził, pozostawali ślepi.

Musimy powrócić do źródeł naszej istoty, żyjąc tak, jak On żyje z Ojcem i Duchem: do życia w komunii. Jezus jest żywym Słowem, Logosem, Słowem Boga. On mówi, że jedyną racją Jego egzystencji było wypełniać wolę Ojca i żyć nią. Powiedział: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy” (J 10,30) i jeszcze: „A Pocieszyciel, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy” (J 14,26). Realizowało się to również w najtrudniejszych momentach Jego życia, kiedy mówił: „Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode mnie ten kielich! Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie!” (Łk 22,42).

Jak cudownie jest zrozumieć ten fakt, że aby móc być Słowem, trzeba żyć Słowem Ojca! Bóg pozostawia nam wolność nawet wówczas, gdy się gubimy, gdy nadal poprzestajemy na naszym małym życiu upływającym na niczym, tocząc między sobą walki, pozostając w smutku i w ślepocie umysłu. Wybór należy do nas! Jednak On zawsze jest gotowy. A chodzi o coś tak prostego! Wystarczy żyć w jedności, miłować się wzajemnie i nawzajem się słuchać, także wtedy, gdy stajemy wobec Słowa.

Wystarczy uwierzyć w to, że przez drugiego człowieka przemawia zawsze sam Jezus, a smutek, kłótnie, ślepota, podziały, strach – ustaną. Gdy będziemy żyć w taki sposób, skutek będzie absolutnie i wyłącznie jeden: On sam, Jezus, będzie objaśniał nam swoje Słowa, dając każdemu z nas życie nadprzyrodzone.

We fragmencie mówiącym o uczniach idących do Emaus czytamy:

„I zaczynając od Mojżesza poprzez wszystkich proroków wykładał im, co we wszystkich Pismach odnosiło się do Niego” (Łk 24,27).

Czy my również chcemy odkryć sekrety Boga? Jego mądrość? Czy chcemy doświadczyć tego, czemu wyraz dali uczniowie, gdy On zniknął? Czy chcemy? Wystarczy, byśmy żyli w jedności między sobą, miłując się wzajemnie, a Jezus będzie do nas mówił i zapanuje całkowita jasność i nieustające szczęście, tak samo w radościach, jak i smutkach.

Antonello Cadeddu
Założyciel Przymierza Miłosierdzia

Słowo na wrzesień 2018

W życiu świętego Augustyna, jak czytamy w opowieści o jego nawróceniu, silne doświadczenie Słowa Bożego było dla niego wyzwoleniem, zmieniło jego życie, przemieniając jego serce!

Był on wówczas w ogrodzie – w Mediolanie, we Włoszech – i toczyła się w nim zaciekła walka duchowa między nieuporządkowaną pożądliwością ciała i wołaniem Ducha, który wzywał go do oddania życia Panu Jezusowi. Nagle usłyszał głos: “Bierz i czytaj”. I tak otworzył Pismo na rozdziale trzecim Listu do Rzymian i przeczytał: “Teraz nadeszła dla was godzina powstania ze snu. Teraz bowiem zbawienie jest bliżej nas, niż wtedy, gdyśmy uwierzyli. Noc się posunęła, a przybliżył się dzień. Odrzućmy więc uczynki ciemności, a przyobleczmy się w zbroję światła! Żyjmy przyzwoicie jak w jasny dzień: nie w hulankach i pijatykach, nie w rozpuście i wyuzdaniu, nie w kłótni i zazdrości. Ale przyobleczcie się w Pana Jezusa Chrystusa i nie troszczcie się zbytnio o ciało, dogadzając żądzom” (Rz 13,11-14).

Tamten moment był jak dzień Pięćdziesiątnicy, który uczynił Augustyna nowym stworzeniem, tak jak stało się z apostołami w wieczerniku, w Jerozolimie, w ową pierwszą Pięćdziesiątnicę, która przemieniła historię. Odtąd Augustyn nie był już tym samym człowiekiem.

Ojciec Raniero Cantalamessa głęboko dotyka tej tajemnicy, kiedy mówi, że każde Słowo Boże jest natchnione przez Boga, a zarazem tchnie Ducha Świętego w nasze życie. Mocą Słowa możemy przeżywać nasze życie jako “nieustanną Pięćdziesiątnicę”.

Ileż razy doświadczamy tego, że głoszenie Słowa przemienia, przekształca życie tak wielu braci i sióstr, których spotykamy na ulicach, zniszczonych wskutek życia w opuszczeniu, nałogach i grzechach! Chciałbym wskazać trzy konsekwencje tej Pięćdziesiątnicy Słowa, Ducha i życia.

Słowo nawraca, przemienia i odnawia

Spotkanie ze Słowem jest spotkaniem z samym Chrystusem, który dziś – tak jak na początku Ewangelii – woła: “Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!” (Mk 1,15b). To nawrócenie jest przede wszystkim łaską, darem, który otrzymujemy, gdy przyjmujemy Słowo, które zbawia, które czyni wszystko nowym.

Ten sam o. Cantalamessa opowiadał o alkoholiku, który pewnego dnia przypadkowo usłyszał Słowo z księgi Pieśni nad pieśniami, które mówiło: “miłość twa przedniejsza od wina” (Pnp 1,2b). To słowo było tak żywe, tak silnie wkraczające w jego życie, że w tym samym momencie przeżył chrzest w Duchu Świętym, został uwolniony od nałogu i stał się nowym stworzeniem. Z całą pewnością Jezus, Ten, który “z niezmierzonej obfitości udziela Ducha” (J 3,34), jest obecny w swoim Słowie.

Dlatego też święty Ignacy Antiocheński mówił: “Oddaję się cały Ewangelii, tak jak samemu Ciału Chrystusa”; a święty Augustyn twierdził, że nie jest mniej winny ten, kto wskutek niedbalstwa pozwoli “upaść na ziemię” Słowu Bożemu od tego, kto w ten sam sposób pozwoli upaść eucharystycznemu Ciału Chrystusa. Muszę więc nauczyć się wchodzić w relację ze Słowem Bożym tak jak z żywą osobą, która komunikuje się ze mną i przekazuje mi siłę i życie swojego Ducha.

Słowo poprawia, wychowuje i udoskonala

Wszelkie Pismo od Boga natchnione [jest] i pożyteczne do nauczania, do przekonywania, do poprawiania, do kształcenia w sprawiedliwości – aby człowiek Boży był doskonały, przysposobiony do każdego dobrego czynu” (2 Tm 3,16-17).

Ciekawie jest odkryć, że – jak przeczuwała Chiara Lubich – każde Słowo niesie z sobą aspekt “negatywny” i “pozytywny”, wymiar wyrzeczenia, “śmierci” i wymiar “życia”, jak na przykład: kto “traci” swoje życie, “znajduje” je (vide: Mt 16,25); “Dawajcie, a będzie wam dane” (Łk 6,38). Każde Słowo zawiera syntezę samego misterium paschalnego i ma moc sprawić, że przejdziemy ze śmierci do życia, umożliwiając nam ciągły wzrost, doskonalenie.

Oto dlaczego tak cudownie jest mieć zawsze w ręku Słowo Pana, jak stale radzi papież Franciszek. Głupotą jest nie dbać o regularne czytanie Słowa Bożego, a nawet, być może, przeczytanie całej Biblii w rok… czytając trzy rozdziały dziennie (mniej więcej 15 minut dziennie). Nie zapominajmy nigdy, że, jak mówił święty Hieronim, nieznajomość Słowa jest nieznajomością Chrystusa. Człowiek mądry, który pragnie stałego wzrostu, przeżywa życie “w rytmie Słowa Bożego”.

  1. Amedeo Cencini w swojej książce “Życie w rytmie Słowa” sugeruje, żebyśmy zaczynali każdy dzień ze Słowem Bożym; każdy tydzień – momentem rewizji i planowania w świetle Słowa; każdy miesiąc – dniem skupienia spędzonym na słuchaniu Słowa, a każdy rok – kilkudniowymi rekolekcjami spędzonymi ze Słowem Bożym. Innym pięknym świadectwem jest to, jakie dają rodziny będące na Drodze Neokatechumenalnej. W niedziele przeżywają one w domu celebrację Słowa z dnia Pańskiego i razem medytują, dzieląc się Słowem Bożym: rodzice i dzieci, ci dorośli i ci najmłodsi, zebrani na modlitwie rodzinnej.

Słowo czyni nas rodziną Pana, Ludem Bożym

To poprzez Słowo Pan gromadzi i buduje swój lud. To dzięki Słowu ustanowił lud Izraela. Dzięki Słowu Pan umacnia swe Przymierze.

Wiele razy mówimy, że nie jest Przymierzem Miłosierdzia ten, kto – na przykład – składa przyrzeczenia lub recytuje formułę konsekracji. Przymierzem Miłosierdzia jest ten, kto żyje Słowem ustanawiającym nasz charyzmat: “Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnymi, abym obwoływał rok łaski od Pana” (Łk 4,18-19).

Tak stało się w mojej rodzinie. Kiedy byłem młody, Pan użył mnie jako narzędzie dla nawrócenia mojego ojca, a tym, co przemieniło moją rodzinę był moment, w którym właśnie on (po swoim nawróceniu) zaproponował, byśmy raz w tygodniu odłączyli telewizor i “podłączyli się” do Słowa Bożego. W każdą sobotę razem czytaliśmy i medytowaliśmy fragment Słowa Bożego. Następnie dzieliliśmy się doświadczeniem Słowa przeżywanego w ciągu całego tygodnia i razem modliliśmy się. Rodzinne awantury (wcześniej bardzo częste) ustąpiły miejsca pokojowi, który był owocem komunii Słowa; izolacja (której wcześniej doświadczaliśmy między sobą) ustąpiła miejsca radości z serdecznego dzielenia się, a wzajemne zrozumienie gromadziło nas wokół Jezusa, żywego, obecnego pośród nas, jako prawdziwej rodziny.

Jak bardzo chciałbym, żebyśmy wszyscy mogli doświadczyć w sposób konkretny mocy tego Słowa i jego żywotności, decydując się na przeżywanie – przynajmniej raz w miesiącu – “Wieczernika” w swoich domach. “Wieczernik” jest doświadczeniem Kościoła domowego w małych grupach, które wzrastają i pomnażają się wokół Słowa. Razem z członkami rodziny i przyjaciółmi co miesiąc będziemy czytać, medytować, żyć i dzielić się Słowem, pozwalając, by to spotkanie czyniło z nas prawdziwą “rodzinę”. Będzie to eksplozja życia i spotkanie, które nas jednoczy, odnawia, poprawia i buduje!

João Henrique

 

Słowo na sierpień 2018

W tym Słowie Jan objawia wielką tajemnicę wcielenia Syna Bożego, Jezusa, prawdziwego Człowieka i prawdziwego Boga; ukazuje istotę „Syna Ojca przedwiecznego” w Jego ziemskim życiu, działającego i mówiącego w imieniu Ojca.

Te słowa wydają się proste, ale kryją w sobie pewien serkret, tajemnicę, ważną prawdę, która zrozumiana przemienia nasze życie. Lepiej byłoby powiedzieć, ma moc przemienić nasze życie, ponieważ, aby tak się stało, potrzebujemy tę rzeczywistość odkryć i zacząć nią żyć.

W czasach Starego Testamentu, od czasów Sędziów, przed królem Dawidem, wzrastała świadomość, że nadejdzie Mesjasz, który będzie królem i kapłanem ludu Izraela. Nie powinniśmy nigdy zapominać, że nieliczny lud żydowski żył wtedy wśród wielkich potęg militarnych, które miały potężnych władców, sprawujących władzę nad światem. Żydzi, prześladowani przez te wojownicze ludy, walczyli i zmagali się o wolność i ziemię, która obfitowałaby w mleko i miód.

Powoli kształtowało się, także za pośrednictwem proroków, przekonanie, że Bóg pośle wielkiego króla, mesjasza, który jak król Dawid, przyniesie pokój i dobrobyt. Z czasem powstała idea króla – posłańca Bożego, którzy tak jak wrodzy królowie, miałby być wielkim, zwycięskim, prowadzonym przez Boga wojownikiem. Miał panować nie tylko nad ziemią Izraela, ale potężnym ramieniem oraz sprawiedliwością podbić także inne narody; wreszcie miał nastać tak wyczekiwany pokój.

Taka była mentalność ludzi tamtych czasów. Musimy jednak szczerze przyznać, że to także nasza mentalność, ludzki sposób rozumowania. Również my, nie zdając sobie z tego sprawy, czasami powielamy takie oczekiwania. Chcemy i szukamy Boga silnego, który pokonałby wszystko, co nie zgadza się z naszym sposobem rozumowania, Boga który stanie po naszej stronie w wojnie, by zniszczyć tego, kto jest przeciwny naszemu sposobowi życia. To oczywiste, że takiego Boga stworzyliśmy sobie na nasz obraz i podobieństwo, by spełniał nasze oczekiwania.

A Słowo ciałem się stało i zamieszkało między nami (J 1, 14)

Dwa tysiące lat temu na świat przyszedł Jezus! Na początku było Słowo i Bogiem było Słowo, i stało się ciałem, tak jak my. Jezus zrewolucjonizował i nadal rewolucjonizuje to jak postrzegamy Boga.

– Mógł urodzić się w cesarskim pałacu Tyberiusza, a narodził się w grocie i został położony w żłobie;

– Mógł przyjmować honory od książąt i kapłanów świątynnych, a hołd złożyła mu mała grupa pasterzy – ludzi, którzy w tamtych czasach nie mieli żadnej wartości i zanieśli mu w darze to, co mieli: ser, owieczki…;

– Mógł otrzymać staranne wykształcenie w świątyni w Jerozolimie, ucząc się o tajnikach Tory, aby stać się wielkim uczonym w piśmie. Przeciwnie, uciekał do Egiptu, a potem mieszkał w nieznanej galilejskiej wiosce, Nazarecie;

– Mógł szkolić się w sztuce wojennej, by przewodzić legionom, a potem rządzić mieczem, prowadząc wojny, a pracował jako cieśla, wykonując pracę ludzi ubogich.

Co to za Bóg, który takim objawia się Żydom i nam?

My, kapłani chcemy wielkich katedr, ogromnych pałaców, gdzie studiuje się teologię, by zostać wielkim teologiem; złoconych kielichów i bogatych ornatów, by celebrować Mszę. Eksponujemy pozłacane krzyże na piersi… dobrze, że chociaż Papież Franciszek odrzucił wszystko, co związane z bogactwem i manifestowaniem władzy! Ojciec Święty prosi nas, byśmy wrócili do życia Słowem w konkrecie, porzucając stworzone przez nas pojęcie Boga potężnego, porzucając wiarę, że jedynie katolicy są doskonali, ponieważ z tego powodu, niestety, możemy skończyć z całym chrześcijaństwem i tymi, którzy chrześcijanami nie są.

Nie twierdzę, że nie potrzebujemy przygotowanych teologów, potrzebujemy teologów, księży, którzy chcą należeć jedynie do Jezusa, którzy przyjmą życie w ubóstwie, w skromnym domu, kochając Boga ponad wszystko…

Jezus, nasz Pan i Bóg chciał pokazać swoim życiem, że jedyną ważną rzeczą jest wypełnianie Słowa Ojca w niebie. Wybrał życie takie jak ubodzy, bycie odrzuconym, ranionym, biczowanym, ukrzyżowanym; został pokryty ranami, okazywał miłosierdzie nieszczęśliwym. Został uznany za złoczyńcę, jak łotrzy, których ukrzyżowano obok Niego, jednego po prawej i drugiego po lewej stronie.

On przeżywał to, co w teologii nazywamy kenosis; chociaż był Bogiem, stał się ostatnim ze wszystkich, by zanieść Boga wszystkim. On, będąc Bogiem, poprzez swoje posłuszeństwo objawił się jako Syn Ojca, kochającego ludzi prostych, ubogich, cierpiących, grzesznych.

A my? Czy rozumiemy konieczność wykonania skoku jakości w naszym życiu, to że powinniśmy wrócić do naszej pierwszej miłości, by nie być „wyrzuceni z ust Boga” i nie stać się jak trzcina, kołysana na wietrze, przeżywając niepokój i nieustannie szukając tego co, bardziej korzystne?

Powinno być dla nas jasne, że możemy głosić Słowo Boga jedynie, jeśli naśladujemy Jezusa, kiedy jesteśmy gotowi umniejszać się przed innymi; gotowi żyć jedynie wolą Ojca, nawet jeśli wymaga to doświadczenia cierpienia i niezrozumienia. Powiedziałbym nawet, że jedynie będąc razem z Nim na krzyżu, możemy z pokorą głosić Słowo. Dlatego nie powinniśmy bać się obierać ostatnich miejsc lub bać się krytyki z powodu tego, że żyjemy poza rzeczywistością świata.

Wpatrujmy się w przykład świętych. Ojciec Pio mieszkał w małej wiosce na południu Włoch. On nie chciał zdobywać ludzkiego uznania, ale chciał być wierny powołaniu Boga. Został ukrzyżowany razem z Jezusem, także przez Kościół, ale nie poddał się, nie przestał się modlić, kochać, przyjmować rany fizyczne i duchowe. Dzisiaj jest znany na całym świecie. Nie szukał rozgłosu ani w telewizji, ani w radio, jedynie żył Słowem, a Bóg wywyższył go za dobro, które wyświadczył tylu ludziom.

Nadszedł czas, by żyć tak, jak Jezus nas o to prosi, by być prawdziwymi prorokami. Zróbmy głęboki rachunek sumienia. Dostrzeżmy nasze bożki, to jaki fałszywy obraz Mesjasza nam towarzyszy i wreszcie, wyrzućmy to wszystko, aby żyć jedynie prawdą i być żywym Słowem Jezusa. Świat tego potrzebuje. Wybór należy jednak do nas.

Ks. Antonello Cadeddu

Założyciel Przymierza Miłosierdzia

Słowo na czerwiec 2018

Stajemy dziś wobec człowieka głuchego i niemego. Jezus wykrzykuje jedno słowo: “Effatha” – i wszystko się przemienia, człowiek zaczyna prawidłowo mówić i słyszeć. Ta osoba jest niema, ponieważ nie słyszy. Nie może wyrazić siebie, ponieważ nigdy nie słyszała żadnego słowa.

Wydawałoby się, że nie ma nic prostszego niż słowo, a jednak wszelki podstęp, kłamstwo, wszelki fałsz i spory rodzą się ze słowa. Także miłość, dar i służba kiełkują ze słowa miłości. Taka jest moc słowa!

To właśnie słowo odróżnia osobę ludzką od zwierzęcia. Wszystko rodzi się ze słowa i słowo stwarza wszystko. Spójrzmy choćby na wybór, jakiego dokonują rodzice, gdy nadają imię dziecku: wraz z imieniem otrzymuje ono tożsamość.

Słowo jest także przekaźnikiem ludzkiej wiedzy. Wszelka nauka, filozofia i nowe doświadczenia są przekazywane za pośrednictwem słowa.

Słowo Boże i słowo ludzkie

Słowo wreszcie czyni z człowieka osobę wolną lub niewolnika. Spójrzmy choćby na to, jak często media są używane do manipulowania ludźmi.

Słowo pozwala mi żyć w komunii z Bogiem i z drugim człowiekiem. Sam Bóg porozumiewa się z człowiekiem poprzez Słowo. Możemy także powiedzieć, że za pośrednictwem słowa człowiek porozumiewa się z innymi ludźmi, a także z rzeczami.

W tekście biblijnym, który rozważamy, Jezus przemierzał posiadłości Dekapolu, ziemi pogańskiej. Dziś On znajduje nas w naszej niewierności, naszym umyśle opanowanym obsesją, a pustym. Jesteśmy przepełnieni ideami i konceptami, które czynią nas głuchymi i niemymi w obliczu codzienności.

To ludzie przyprowadzają osobę głuchą do Jezusa. Dobrze jest mieć na uwadze, że w dosłownym tłumaczeniu greckie słowo pojawiające się w tekście Ewangelii mówi nam, że ten człowiek mówi, lecz nikt nic z tego nie rozumie: jego problem to problem z komunikacją.

Wyrazić egzystencjalną pustkę

Wydaje się to dziwne! Lecz w naszym życiu wielokrotnie rzeczywistość jest właśnie taka. Nasza mowa okazuje się pusta, nie mająca sensu, bezwartościowa i męcząca zarówno dla tego, kto słucha, jak i dla nas, którzy mówimy. Człowiek z Ewangelii jest głuchy, a osoba głucha nie może też mówić. Słowo jest wszystkim, ale dla niego, który nigdy nic nie słyszał, nie jest możliwe wejście w relacje z innymi ludźmi.

Kilka lat temu do jednego z naszych domów przyjęliśmy brata, który przez wiele lat żył na ulicy. Nie mówił, zawsze był spięty, nerwowy, zamknięty. Będąc żebrakiem, stał się głuchy na jakikolwiek gest czy słowo. Wydawał się głuchy, ponieważ odmawiał wejścia w jakąkolwiek formę dialogu. Po kilku miesiącach, w których otrzymywał wiele gestów i słów miłości, niespodziewanie wypowiedział jedno słowo: „dziękuję”. Wszystko się otworzyło, miłość zwyciężyła! On nigdy wcześniej nie był kochany, nigdy nie kochał sam siebie, ale Miłość pozwoliła mu otworzyć się na to, by słyszeć i mówić.

Głuchota serca

Ten przykład pokazuje nam, że w takiej mierze jesteśmy osobami, w jakiej wchodzimy w relacje z innymi i w jakiej czujemy się kochani.

Jezus wziął człowieka na bok, osobno od tłumu. Ta osoba potrzebowała dostrzec, że została ukochana w sposób osobisty, indywidualny. Taka jest miłość Jezusa. Bóg wie, że jesteśmy głusi ponieważ nie czujemy się kochani – przez Niego, osobiście.

Jesteśmy jak Adam, który wolał uciec od Boga, gdyż z powodu swojego grzechu spoglądał jedynie na siebie samego. Jego duma nie pozwalała mu dłużej słuchać głosu Boga i dlatego się ukrył. To jest także nasz dramat.

Gdy osoba nie czuje się już kochana przez Boga – a On nadal ją kocha – staje się nieszczęśliwa; nie potrafi już słuchać, zamyka się w swoim „ja”, nie kocha i nie czuje się kochana.

Effatha, otwórz się!

Lecz kontynuujmy naszą drogę z Jezusem i spójrzmy na gesty, które On czyni, choćby nawet zdawały się nam dziwne.

Najpierw dotyka On swoim palcem uszu głuchego. Przywołajmy w tym momencie słynny wizerunek Michała Anioła z Kaplicy Sykstyńskiej, na którym Bóg swoim palcem przekazuje życie Adamowi, człowiekowi. Jezus dotyka swoim placem uszu głuchego. Na nowo stwarza człowieka i pozwala mu usłyszeć Jego miłość. Jezus rodzi w nas nowe życie. Bo my nie mogliśmy już usłyszeć kroków Boga chcącego wyjść nam na spotkanie, gdyż byliśmy martwi dla Raju.

Tego samego doświadczamy, gdy jesteśmy głusi na krzyk najbardziej potrzebujących. Boimy się ich, ponieważ pewnie myślimy sobie, że mogą ukraść nam to, co zyskaliśmy dzięki kłamstwom i oszustwu. Potrafimy jedynie zabijać i robić wszystko, by wykluczyć tych, którzy nie są tacy jak my, którzy nie myślą zgodnie z naszą logiką śmierci, logiką dominacji nad drugim i działania jedynie dla egoistycznych korzyści.

Spójrzmy na świat: jest on pełen głuchych, którzy eliminują innych głuchych. Jesteśmy otoczeni ludźmi niemymi, którzy nie mówią już o pokoju, przez co sprawiają, że zwycięża wojna. Jezus – przeciwnie – wskazuje nam nową drogę.

Jezus przekazuje swoją Miłość

Tuż przed swoja śmiercią Jezus, prawdziwy Bóg i prawdziwy Człowiek, woła: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” (Łk 23,34).

Słowo Jezusa, Jego akt Miłości, przełamuje naszą głuchotę i uzdalnia nas do mówienia nowym językiem miłości. Jest to tak prawdziwe, że setnik mówi: „Prawdziwie, ten człowiek był Synem Bożym” (Mk 15,39). On rozpoznaje i my rozpoznajemy to, że palec Boży przemienia naszą osobę i, wreszcie, słysząc miłość Jezusa, możemy stać się tym, co słyszymy. Nie zapominajmy o tym, że człowiek staje się „tym słowem, które słyszy”, gdyż ono czyni z nas osobę i że człowiek żyje tym słowem, które obrał dla swojego życia.

Ustami głosić chwałę Bożą

Drugi gest, który czyni Jezus: śliną dotyka języka głuchoniemego. Ślina jest symbolem Ducha Świętego. Jezus dotknął języka, aby wreszcie ten człowiek mógł być tym, czym od wieków jest: obrazem i podobieństwem Boga. Święty Paweł pisze, że Duch pozwala nam mówić „Abba, Ojcze”.

Gdy nie możemy słyszeć prawdy, stajemy się niewolnikami fałszu i kłamstwa. Byliśmy niezdolni do słuchania Słowa miłości Ojca.

Duch uwalnia nas od słów niegodziwych, wyniosłych i kłamliwych, abyśmy mogli głosić jedyną prawdę: że On jest miłością, że On jest Ojcem, który nas kocha. Wszystko to dokonuje się, ponieważ Jezus ogłasza, stwarzając: „Effatha”, „otwórz się”.

Tak, to On uzdalnia nas do słuchania odwiecznego Słowa Miłości i daje nam możliwość wychwalania na wieki Tego, który nas stworzył.

To Jezus, który, uzdrawiając nas z naszej głuchoty i naszej niezdolności mówienia, pozwala nam słyszeć to, co Ewangelia proponuje nam czynić, by realizować w sobie nowe życia, życie we wzajemnej miłości i głoszeniu wszystkich cudów, których Bóg dokonuje w każdym momencie.

Antonello Cadeddu
Założyciel wspólnoty Przymierze Miłosierdzia